Z życia hospicjum

Droga-Przy drodze krzyż!
Idziesz tamtędy, a więc się zbliż.
Spójrz w Chrystusa zbolałą twarz
I jarzmo własnych swych cierpień zważ.
Rozważ jak cierpiał Chrystus- Człowiek Bóg.
I nie usuwaj kamieni z dróg,
Którymi iść Ci kazał Pan,
Lecz idź z Chrystusem, by nie był sam.
(autor nie znany)

Kochani! Pewnie jak to przeczytacie, powiecie: „wariatka!”. 
I pewnie będziecie mieli rację. Dodajcie tylko do tego „boża”, 
bo tyczy się to też do innych mnie podobnych.
Niektórzy z Was pamiętają Małgosię. Dla niewtajemniczonych kilka 
słów wstępu.
Małgosia ma 20 lat. Pod opieką Hospicjum jest od września 2007. 
Ma lekkie upośledzenie, dlatego przebywa w ośrodku Szkolno-Wychowawczym. 
Ma tylko tatę, dziadka i wujka z najbliższej rodziny. Jej mam i babcia 
zmarły na raka.
Dotychczas byliśmy u Małgosi towarzysko (my, wolontariusze nie medyczni).
Teraz potrzebna jest opieka całodobowa.
Swój nocny dyżur razem z Anią zaczynamy Mszą Św., bo z własnego, 
krótkiego doświadczenia wiem, że tylko siłami ludzkimi nie damy rady.
Kiedy wchodzimy do pokoju naszej podopiecznej, zajęta jest wyklejaniem 
małymi kulkami plasteliny obrazka dla jednej z wychowawczyń. 
Wita nas dość chłodno, bardziej zajęta swoją pracą.
Następnego dnia ma być wielkie święto. Zostanie Jej udzielony 
Sakrament Bierzmowania. Jest tym faktem bardzo przejęta. Co jakiś 
czas przypominamy sobie regułkę, którą ma powiedzieć w czasie udzielania 
sakramentu. Ma trudności z zapamiętaniem, ale chęci ogromne! Mówi, 
że przed snem jeszcze raz sobie powtórzy i schowa kartkę pod poduszkę
(podobno pomaga, muszę spróbować).
Czas na leki i wieczorną toaletę, bo już bardzo późno. Stan Małgosi 
się pogorszył od czasu, kiedy Ją widziałam po raz ostatni. 
Jest o wiele słabsza. Musimy pomóc Jej się umyć. Kiedy patrzę na to 
umęczone, wychudzone ciało, przed oczami mam obraz Jezusa ubiczowanego, 
z tą tylko różnicą, że nie posiada ran ciętych, ale praktycznie 
całe pokryte jest brodawkami 
(choroba skóry, która doprowadziła do powstania nowotworu). 
Przyjeżdża doktor Iza z pielęgniarką Basią. Rutynowe badanie, 
osłuchiwanie, rozmowa z chorą.
Dostaję bardzo dziwne zadanie do wykonania. Kiedy medycy przygotowują
sprzęty, aby przepłukać port (urządzenie w ciele chorej, 
przez które podaje się chemię), ja głaszczę lewy bok Małgosi. 
Jest to miejsce, w którym ulokował się rak i wypycha skórę.
Przynosi to naszej podopiecznej ulgę, więc... czemu nie? 
Śmieję się przy tym, że Ania powinna stanąć za głową chorej z takim 
wielkim wachlarzem i wachlować naszą Królewnę. Ja będę podawać
zimne napoje. Dołożyłam do tego próbę łaskotek i jest...
Małgosia zaczęła się śmiać.
Nie ma się czemu dziwić. Dziewczynka była wystraszona tym małym 
zabiegiem, który Ją czekał. Żeby dodać otuchy, ląduję na łóżku 
przy chorej i trzymam Małgosię za rękę. Uśmiecha się, kiedy 
słyszy moje słowa, że jest bardzo dzielna. Na koniec całuję 
Ją w czoło i zasypia. Ostatnie wskazówki 
od dr Izy i zostajemy same.
Ja jeszcze wertuję zeszyt, bo jutro mam egzamin. Gosia budzi się, 
karze podać sobie ową kartkę z tekstem, czyta kilka razy i wkłada 
pod poduszkę.
Ania pozwala mi się trochę zdrzemnąć (to już następny dzień). 
W nocy nasza podopieczna budzi się cztery razy, ponieważ boli. 
I choć razem decydujemy jaki lek przeciwbólowy podać, to właśnie 
Ania zajmuje się podaniem. Dopiero nad ranem kładzie się na chwilkę.
Rano, przed godz.7 w oczekiwaniu na naszą zmienniczkę, robi herbatę. 
Żadnych wymówek, uskarżania się. A ja, wstyd się przyznać, 
ledwo mogę otworzyć oczy. Dzięki Ania!
Małgosia jeszcze śpi, kiedy zostawiamy Ją pod opieką Basi i pędzimy 
do pracy. Żegnam się z Anią i wzajemnie dziękujemy sobie za dyżur.
Zastanawiam się, jak da sobie radę w pracy. Skoro mnie się mieni
w oczach, to co dopiero Jej? (Podobno trochę trzęsły Jej się ręce)
Na Bierzmowaniu już nie mogłam być, bo musiałam pędzić na egzamin 
z dydaktyki. Wiem z opowiadań, że było bardzo uroczyście. Sakramentu 
udziela ks. Biskup Stefan Siczek.
Nie wiem, czy poduszka pomogła w zapamiętaniu, ja zapomniałam włożyć 
swój zeszyt, zresztą i tak spałam bez poduszki.
Nasz już w pełni świadomy chrześcijanin, wyjechał na ferie do domu 
tj. ok. 70 km. za Radom.
Myślicie, że to już koniec naszej opieki? Nie! W sumie trzy razy 
w tygodniu są u Niej nasi wolontariusze.
I powiedzcie, czy to nie paradoks? Jedni odchodzą od łóżek swoich 
pacjentów, drudzy bez żadnego wynagrodzenia są z nimi w dzień 
i w nocy. Jadą w sumie 140 km., bo jedna, mała dziewczynka 
nas potrzebuje! Dlaczego?

„... Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?...
„... Tego, co ja czynię, ty teraz nie rozumiesz,
ale później będziesz wiedział...”
„... Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi,
to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi
dałem wam bowiem przykład...”
Ew.św. J 13 6-16

Kolejny dzień pod znakiem Hospicjum już za mną. Trochę zmęczona 
i niewyspana, ale szczęśliwa. Mam nadzieję, że przed następnym 
dyżurem nocnym będę mogła się wyspać, żeby się Ani „odpłacić”.
Aha ! Egzamin zaliczony!



Z OSTATNIEJ CHWILI:
Dziękuję Ci Panie za tę posługę wtedy. Cieszę się, że zdążyłam.
Że wtedy tam mogłam być. Małgosia odeszła do Pana o 3:00 w nocy 31.03.2008r.
 Do zobaczenia Małgosiu po tamtej stronie.
 

Wasz zwariowany,
czasem zaspany 
ale uśmiechnięty
Korespondent hospicyjny
Monika Wężyk