KOŚCIÓŁ I ŚWIAT

POKORNY PASTERZ

Pisząc o wybitnych osobistościach Kościoła, nie mogę nie napisać o Księdzu Arcybiskupie Stanisławie Wielgusie. Dzisiaj ma on 72 lata i mało kto już o nim pamięta. Skrzywdzony, oddał się pracy naukowej w Lublinie. Tam go doceniają. W 1962 roku Stanisław Wielgus przyjął święcenia kapłańskie. Ukończył studia na KUL-u w 1969 i został jego pracownikiem.
Trzy lata później obronił doktorat. Następnie kształcił się w Monachium, habilitował się. W 1989 został profesorem na Wydziale Filozofii Katedry Historii Filozofii KUL, którą kierował do 2006. W 1992 został profesorem zwyczajnym. Przez 9 lat był rektorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1999 Jan Paweł II mianował go ordynariuszem płockim. Sakry biskupiej udzielił mu J.E. Ksiądz Kardynał Józef Glemp – ówczesny Prymas Polski. Podczas pracy Biskupa Wielgusa w Płocku szerokim echem odbiło się powstanie tzw. „Katechizmu płockiego”, czyli kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego wyjaśniającego prawdy wiary. Za tę inicjatywę ordynariusz płocki otrzymał podziękowanie od papieża Benedykta XVI. 6 grudnia 2006 papież Benedykt XVI podniósł go do godności arcybiskupiej i mianował metropolitą warszawskim. 5 stycznia 2007 przejął kanonicznie w obecności kolegium konsultorów powierzoną mu archidiecezję warszawską.  W dniu zaplanowanego ingresu do warszawskiej archikatedry, 7 stycznia 2007, zrezygnował  z funkcji metropolity warszawskiego. W Episkopacie Polski pełnił szereg ważnych funkcji, m.in. był członkiem Rady Stałej Komisji Episkopatu Polski. Ważne są okoliczności ustąpienia Księdza Arcybiskupa. 10 grudnia 2006 roku, Tomasz Sakiewicz, redaktor „Gazety Polskiej” ujawnił, że Stanisław Wielgus przez 30 lat współpracował ze Służbami Bezpieczeństwa PRL. Lustracja, to ocenianie. Nie będę używał tego słowa. Jak bardzo można skrzywdzić człowieka, oskarżając go o współpracę z SB. I to na jakiej podstawie? Na podstawie kilku świstków papierów z IPN, które nie wiadomo kto pisał? To były czasy przeklęte. Nikt
nie ma prawa osądzać ludzi, którzy w tamtych czasach cokolwiek podpisywali. Nie wiemy,
w jakich to było okolicznościach, po ilu godzinach siedzenia na krześle odwróconym do góry nogami. Znamy wiele historii z tamtych czasów. Pozwolę sobie przytoczyć jedną. Kobieta została wezwana przez funkcjonariuszy do biura. Poproszona została o podpisanie lojalki,
że będzie co miesiąc donosiła na swojego męża. Kiedy ta odmówiła, zostało jej zasugerowane, że jej dzieci chcą dostać się na studia. Wiedziała, że jeśli nie podpisze, to dzieci mogą się pożegnać z nauką. Podpisała. Co miesiąc z mężem ustalała, co ma powiedzieć
na komendzie. A jeśli dzisiaj ktoś, jakiś dziennikarz odkryje taki dokument, gdzie widnieje podpis tej kobiety, to może zrobić z tym co zechce. Nie wie w jakich okolicznościach to się dokonało, co groziło rodzinie. Dzisiaj łatwo jest krytykować. Biskup Wielgus nie wypiera się kontaktów ze Służbami Bezpieczeństwa, które w tamtych czasach były konieczne. Kiedy chociażby chciał wyjechać na studia, musiał stawić się  u funkcjonariuszy. Każdy ksiądz w czasach PRL już od czasów seminaryjnych miał teczkę. Czy dzisiaj w takim razie możemy powiedzieć, że każdy ksiądz był tajnym współpracownikiem? Jest dużo większe przewinienie dziennikarzy, którzy dzisiaj zniesławiają ludzi bez rozmowy z człowiekiem. Niechaj będzie wysłuchana druga strona. Dziennikarze robią się sędziami w oparciu o papierki trzy razy odbijane. Na tych papierkach jest mnóstwo błędów ortograficznych. Świadczy to o poziomie tych, którzy to spisywali. Czy można im wierzyć? Nie ma żadnych dowodów, prócz zapisków esbeków, że Ksiądz Arcybiskup z nimi współpracował. Nie ma dowodów, że ks. Wielgus wyrządził komukolwiek jakąkolwiek szkodę. „Gazeta Polska” zapowiedziała swoje rewelacje 10 grudnia, a ingres był zaplanowany na 7 stycznia, więc Ksiądz Arcybiskup Stanisław Wielgus nie miał możliwości udowodnienia swojej niewinności w sądzie. Ksiądz Arcybiskup Wielgus, chroniąc autorytet Kościoła Katolickiego i „dobro spokojnej pracy duszpasterskiej Kościoła” złożył rezygnację z funkcji przed ingresem; zapobiegł w ten sposób dalszym atakom na Kościół w Polsce  i intrygom skierowanym przeciwko Kościołowi. Pisząc ten artykuł nie chcę, aby ktoś odniósł wrażenie, że jestem stronniczy. Nie zgadzam się po prostu na to, aby wszystkich ludzi „wrzucać do jednego worka”. Nie można osądzać człowieka bez dowodów popełnienia przez niego winy.

Bernard Pająk