NAJPIĘKNIEJSZE ŚWIĘTA WIELKANOCNE

- WSPOMNIENIE

Dziś, kiedy przeżyłam sporo lat i tyle moich miłych koleżanek i kolegów odeszło do  Pana (a przede wszystkim Mamusia, Tata i większość mojej bliższej i dalszej rodziny), te Święta może nie są już tak radosne, jak w dzieciństwie, czy we wczesnej młodości… Ale jednak odczuwam jakąś świętą radość na myśl o tym, że w te wiosenne dni znów świętujemy Wielkanoc! Jako osoba dorosła, patrzę na te Święta pod innym kątem. Rozmyślam o dniach Triduum Paschalnego, o radości Wielkiej Niedzieli. Jednak skoro piszę o moich najradośniejszych Świętach Wielkiej Nocy, sięgam wstecz – do czasów, kiedy Rodzice jeszcze żyli, a ja – wówczas sześcioletnie dziecko – pomagałam Mamie w pieczeniu mazurków, babek i ciast wszelkiego rodzaju. Byłam zbyt mała, by uczestniczyć w pełni w uroczystościach Triduum Paschalnego, ale w Wielki Czwartek zazwyczaj chodziłam z Tatą na tę wspaniałą Mszę świętą. Kiedy zaś minął Wielki Piątek i Wielka Sobota, nie mogłam się doczekać Niedzieli Wielkanocnej. Najbardziej utkwiła mi w pamięci ta z roku 1953. Wtedy to właśnie była już prawdziwa, słoneczna i ciepła wiosna. Pamiętam, że dostałam w ten dzień piękne czerwone pantofelki (od Taty), a od Mamy własnoręcznie przez nią uszytą śliczną sukienkę w biało-czarną pepitkę (to taka drobniutka kratka). Pamiętam, że cała moja rodzina – Mama, Tatuś i trzy moje siostry poszliśmy do kościoła na Mszę świętą. Ze wzruszeniem słuchałam jej wtedy. Cieszyłam się, że po trzech dniach powagi i smutku z powodu śmierci Pana Jezusa, nastał chyba najpiękniejszy w roku dzień – Niedziela Wielkanocna – dzień Zmartwychwstania Chrystusa. Mimo, że byłam jeszcze mała, rozumiałam, jak cudowny to czas! A po Mszy świętej wróciliśmy do domu, razem z Babcią i Dziadziusiem (rodzicami Mamy) i trzema ciociami – siostrami Tatusia, by zasiąść do pięknie zastawionego stołu. Przykryty był on śnieżnobiałym obrusem, na środku stał koszyczek ze „święconką”. Każdy z nas miał swoje nakrycie i miejsce przy stole. Tata rozpoczynał śniadanie wielkanocne słowami: „Obyśmy wszyscy za rok o tej porze spotkali się znów przy tym stole.” Po odmówieniu modlitw stosownych do tego dnia, Tatuś rozdał nam,
dziewczynkom, prezenty wielkanocne, a jeszcze wcześniej, wszyscy ze wszystkimi, podzieliliśmy się święconym jajeczkiem. Potem nastąpiła wspaniała uczta: Jedliśmy różnego rodzaju plasterki mięs, wspaniałe słodkie mazurki, keksy, strucle (oczywiście wszystkiego po troszku) i inne ciasta. Nie zabrakło też świeżego chleba. Wszyscy byli mili dla siebie; my – dzieci, nie sprzeczałyśmy się ze sobą; nadzwyczaj grzecznie siedziałyśmy przy stole. Po śniadaniu wielkanocnym poszliśmy wszyscy razem na spacer. Szliśmy po zielonych łąkach (tam, gdzie teraz stoją bloki Ustronia – za mojego dzieciństwa były łąki). Mamusia trzymała na rękach moją najmłodszą siostrę – Elę, a ja mogłam iść sama. Byłam z tego bardzo zadowolona, bo idąc, zbierałam piękne złote kaczeńce i malutkie śnieżnobiałe stokrotki. Bukieciki tych kwiatów dawałam wszystkim członkom naszej rodziny. A kiedy kwietniowy zmierzch otulił zmęczoną ziemię, powoli wracaliśmy do domu, wdychając rześkie powietrze wiosny. Byłam szczęśliwa i po cichutku dziękowałam Panu Bogu za tak wspaniały dzień.
 

Katarzyna Wilczyńska